MOJE DZIECKO NIE CHCE IŚĆ DO SZKOŁY I NIE MAM POJĘCIA DLACZEGO
Najpierw boli go brzuch. Potem zaczyna płakać, a ona zerka na zegarek i czuje, że zaraz sama wybuchnie. „Pod szkołą puszczam jego rękę i nie wiem, czy właśnie go krzywdzę” — pisze nasza 35-letnia czytelniczka. Nikt nie potrafi jej powiedzieć, dlaczego syn boi się wejść do środka.
Dzisiaj znowu siedzieliśmy na podłodze w przedpokoju. Syn w jednej skarpetce, ja z kurtką na kolanach. Telefon wibrował, bo dzwonili z pracy. On płakał tak, że aż się zanosił. Powtarzał tylko, że nie pójdzie. Ma osiem lat. Jeszcze we wrześniu sam przypominał mi wieczorem, żeby spakować strój na gimnastykę.
Nie umiem powiedzieć, kiedy dokładnie to się zaczęło. Najpierw raz bolał go brzuch. Potem drugi. Został w domu, bo przecież nie wyślę chorego dziecka do szkoły. Po południu jadł, bawił się, był sobą. Pomyślałam wtedy coś, czego teraz się wstydzę: że chyba odkrył sposób na wolne.
Teraz brzuch boli go prawie codziennie. Czasami już w niedzielę wieczorem. Zrobiliśmy badania zlecone przez pediatrę, na razie niczego nie wykazały. Pani doktor powiedziała, żebyśmy obserwowali, kiedy pojawiają się objawy. Obserwuję. Tylko od samego patrzenia nie robi mi się ani trochę lżej.
Pytam, czy ktoś mu dokucza. Mówi, że nie. Czy pani krzyczy? Nie. Czy czegoś nie rozumie? Wzrusza ramionami. Kiedy próbuję dopytać, zakrywa uszy albo odwraca się do ściany. Najgorsze jest to, że zaczynam słyszeć we własnym głosie pretensję, chociaż chcę mu pomóc.
Wychowawczyni mówi, że w klasie zachowuje się zwyczajnie. Odpowiada, pracuje, czasem śmieje się z kolegami. Usłyszałam nawet, że może za długo się rano żegnamy. Wiem, że pewnie chciała dobrze. Wyszłam jednak z poczuciem, że sama produkuję ten problem, bo nie potrafię powiedzieć stanowczo: idziemy.
Próbowałam już spokojnie. I stanowczo. Obiecywałam naleśniki po lekcjach, straszyłam zabraniem tabletu. Raz krzyknęłam, że przecież nie mogę przez niego stracić pracy. Natychmiast zobaczyłam jego twarz. Taką nieruchomą. Przeprosiłam, ale tego zdania już nie dało się cofnąć. Wieczorem zapytał, czy szef mnie wyrzucił.
Mąż uważa, że za dużo analizuję. Mówi, że on też nie lubił szkoły i jakoś chodził. Tylko że to ja zwykle odprowadzam syna. To mnie ściska za rękaw. Pod szkołą puszczam jego rękę i nie wiem, czy właśnie go krzywdzę. Potem stoję za rogiem i czekam, aż przestaną mi drżeć dłonie.
Boję się, co będzie dalej. Zaległości, nieobecności, kolejne rozmowy, w których nie umiem odpowiedzieć na najprostsze pytanie: dlaczego? Patrzę na inne dzieci, które wbiegają do szatni, i czuję paskudną zazdrość. Chciałabym raz martwić się tylko zapomnianym workiem albo zgubioną czapką.
Wczoraj przed snem zapytał, czy byłabym szczęśliwsza, gdyby chodził do szkoły bez płaczu. Powiedziałam, że kocham go zawsze. Przytulił się, a ja miałam wrażenie, że zaraz pęknę. Nie chcę, żeby musiał uspokajać mnie, kiedy sam sobie nie radzi. Tylko ja naprawdę nie wiem, co robić następnego ranka.
BEZRADNA MAMA, 35 LAT
REDAKCJA ODPOWIADA:
Najbardziej słychać w twoim liście nie szkolny dzwonek, ale ten poranny alarm w dwóch ciałach. Jego i twoim. On płacze, ciebie ściska w żołądku, zegarek odlicza minuty. W takim napięciu łatwo powiedzieć coś, czego potem żałujesz. To nie sprawia, że jesteś złą matką. Pokazuje jednak, że obecny sposób przechodzenia przez poranki wyczerpuje was oboje i potrzebujecie wsparcia, nie kolejnej oceny.
„Pod szkołą puszczam jego rękę i nie wiem, czy właśnie go krzywdzę.”
Nie potrafimy z listu rozstrzygnąć, skąd bierze się jego opór. Odmowa pójścia do szkoły jest sygnałem trudności, nie gotową odpowiedzią na pytanie o jej przyczynę. Mogą za nią stać relacje z dziećmi, przeciążenie, trudności w nauce, lęk przed rozstaniem albo coś zupełnie innego. Nie trzeba wybierać najstraszniejszego scenariusza. Nie warto też uznawać, że skoro po południu syn się bawi, rano tylko udawał.
Ból brzucha może być prawdziwy również wtedy, gdy dotychczasowe badania niczego nie wyjaśniły. Stres potrafi dawać objawy fizyczne, ale nie oznacza to, że każdy kolejny ból należy automatycznie przypisać emocjom. Przy utrzymujących się, nowych lub nasilających dolegliwościach potrzebny jest ponowny kontakt z lekarzem. Syn nie musi mieć wyniku badania, który potwierdza jego cierpienie, żebyś mogła potraktować je poważnie.
Wychowawczyni widzi ważny fragment jego dnia. Ty widzisz inny. Te obrazy nie muszą się wykluczać. Rozmowa ze szkołą może więc dotyczyć nie tego, kto ma rację, lecz tego, co konkretnie dzieje się podczas przerw, przed trudniejszą lekcją czy przy rozstaniu. Pedagog lub psycholog szkolny może pomóc zebrać te obserwacje. Przy tak silnych, powtarzających się reakcjach zasadne jest też spotkanie z psychologiem dziecięcym, bez czekania na całkowite załamanie codzienności.
Rozumiem twoją potrzebę usłyszenia wreszcie jednego wyjaśnienia. Tyle że ośmiolatek może go jeszcze nie umieć podać. Pytany kolejny raz „dlaczego?” czasem czuje już tylko, że znowu nie zna właściwej odpowiedzi. Możesz być po jego stronie także wtedy, gdy jeszcze niczego nie wyjaśnił. Czasem łatwiej zacząć od opowiedzenia jednego momentu dnia niż od nazwania całego problemu. I niekoniecznie w przedpokoju, kiedy oboje jesteście pod presją.
Ważne jest również to zdanie o twojej pracy. Dobrze, że przeprosiłaś. Możesz do niego wrócić i jasno oddzielić dorosłe sprawy od odpowiedzialności dziecka. Syn nie odpowiada za twój etat ani za twoje szczęście. A ty nie powinnaś sama odpowiadać za wszystkie trudne poranki. Rozmowa z mężem o rzeczywistym podziale odprowadzania może dać wam więcej niż kolejna dyskusja, czy przesadzasz.
Nie obiecamy, że jutro nie zapłacze. Nie ma też jednej recepty, która pozwala z tego listu ustalić, jak powinien wyglądać każdy następny poranek. Jest natomiast wystarczająco dużo powodów, żebyście nie zostawali z tym sami. Jego przyszłość nie rozstrzyga się w jednej szatni. Teraz ważne jest, żeby obok szkolnych obowiązków znalazło się miejsce na zrozumienie, co tak bardzo utrudnia mu wejście do środka.
Nie udało się zapisać głosu. Spróbuj ponownie.
Nie udało się zapisać reakcji. Spróbuj ponownie.




Komentarze · 0
Bądź pierwszą osobą, która napisze komentarz.