PO AWANTURZE O SEKS MÓJ PARTNER STWIERDZIŁ, ŻE MAM ZA DUŻE WYMAGANIA
Mam 27 lat i od kilku miesięcy czuję, że każda rozmowa o bliskości kończy się tak samo: jego irytacją i moim poczuciem winy. Najbardziej boli mnie to, że kiedy próbuję mówić szczerze, słyszę, że przesadzam.
Czasem mam wrażenie, że to wszystko zaczęło się od jednego zdania. A potem już tylko się toczyło, coraz szybciej, coraz brzydziej. „Mam za duże wymagania” — powiedział mój partner po kolejnej awanturze o seks. I nagle poczułam, jakby ktoś mi wyciągnął spod nóg podłogę.
Nie piszę, żeby robić z siebie ofiarę. Nie jestem święta. Mam swoje potrzeby, swoje humory, czasem bywam zbyt wprost. Ale odkąd jesteśmy razem, coraz częściej mam w głowie jedno pytanie: czy naprawdę proszę o coś za dużo, czy po prostu on nie chce już w ogóle słyszeć o mojej stronie tej historii?
Zaczęło się niewinnie. Na początku było czuło, intensywnie, bez wielkich rozmów, ale z taką energią, że czułam się chciana. Potem minęły miesiące, rutyna weszła tylnymi drzwiami, praca, zmęczenie, obowiązki. To wszystko rozumiem. Naprawdę. Tylko że u nas to nie wyglądało jak zwykły spadek namiętności. Bardziej jak wycofanie. Jakby on zamknął jakieś drzwi, a ja nadal stała pod nimi i pukała.
Próbowałam mówić spokojnie. Bez dramy. Bez pretensji. Mówiłam, że tęsknię nie tylko za seksem, ale też za dotykiem, za tym, że mnie obejmie bez okazji, że spojrzy na mnie tak, jak kiedyś. A on coraz częściej reagował nerwowo, jakby każde moje zdanie było atakiem. „Znowu zaczynasz?” „Musimy o tym gadać teraz?” „Nie można po prostu odpuścić?” — takie rzeczy słyszałam coraz częściej.
I ja naprawdę zaczęłam odpuszczać. Najpierw trochę. Potem dużo. Potem prawie wcale nie mówiłam, co czuję, bo bałam się tej miny, którą robił. Tego zaciśniętego szczęścia. Tego wzroku, który mówił: znowu mnie męczysz. Zaczęłam się pilnować, ważyć słowa, sprawdzać, czy na pewno nie wyjdę na „wymagającą”. To było upokarzające, bo przecież nie chodziło mi o to, żeby go zmuszać do czegokolwiek. Chciałam tylko nie czuć się samotna w związku.
Najgorsze jest to, że on potrafi być czuły w innych sprawach. W domu pomoże, przywiezie zakupy, zapyta, czy mam gorączkę, kiedy mnie coś bierze. I właśnie dlatego jeszcze trudniej mi to poukładać w głowie. Bo jeśli ktoś jest dobry na co dzień, to czemu przy temacie bliskości staje się tak obcy? Jakby między nami nagle pojawiała się ściana. I ja stoję po jednej stronie, a on po drugiej, udaje, że nie widzi, że ja się po tej stronie coraz bardziej kruszę.
Najbardziej boli mnie nie brak seksu, tylko to, że przy mojej szczerości czuję się jak problem do uciszenia.
Po tamtej awanturze długo nie mogłam zasnąć. Leżałam obok niego i miałam ściśnięty żołądek. Patrzyłam w ciemność i myślałam, że chyba pierwszy raz naprawdę żyjemy obok siebie. Nie obok siebie w sensie „każde ma swoje życie”, tylko obok siebie emocjonalnie. Jak dwoje ludzi, którzy dawno przestali się spotykać w połowie drogi.
Zaczęłam się też wstydzić własnego ciała. Serio. To mnie przeraziło najbardziej. Zamiast myśleć: mam potrzeby, jestem żywa, chcę bliskości, zaczęłam myśleć: może jestem zbyt natarczywa, może za dużo chcę, może powinnam być spokojniejsza, chłodniejsza, mniej „łakoma” na uwagę. I już nawet nie wiem, kiedy ta cała sprawa przestała być o seksie, a stała się o mojej wartości.
Rozmawiałam o tym z koleżanką i powiedziała: „Jeśli musisz ciągle przepraszać za to, że chcesz bliskości, to coś jest nie tak”. Niby proste. A jednak to zdanie siedzi we mnie do dziś. Bo ja naprawdę nie chcę robić z naszej relacji pola bitwy. Tylko że im bardziej próbuję się dopasować, tym bardziej czuję, że znikam.
Nie wiem, czy to już kryzys, czy po prostu moment, w którym wszystko wyszło na wierzch. Wiem tylko, że po raz pierwszy pomyślałam: może to nie ja mam za duże wymagania. Może ja po prostu nadal chcę być kochana jak partnerka, a nie tolerowana jak współlokatorka.
Nie udało się zapisać reakcji. Spróbuj ponownie.




Komentarze · 0
Bądź pierwszą osobą, która napisze komentarz.