MÓJ PARTNER CHCE, ŻEBYM PRZESTAŁA SPOTYKAĆ SIĘ Z PRZYJACIÓŁKAMI, BO »ZA BARDZO MNIE PODKRĘCAJĄ«
Mam 27 lat i do tej pory uważałam, że związek nie oznacza znikania z własnego życia. Teraz słyszę, że moje koleżanki są problemem, bo po spotkaniach mam podobno zbyt dużo pytań i zbyt mało cierpliwości.
Piszę z miejsca absolutnego rozedrgania. Siedzę na kanapie i próbuję zrozumieć, jak to się stało, że mój facet mówi mi już nie tyle, z kim powinnam się spotykać, co z kim NIE powinnam. Wydawało mi się, że w wieku 27 lat wyrosłam z walki o własną strefę wolności. Chyba myliłam się totalnie.
Wczoraj po powrocie ze spotkania z dziewczynami usłyszałam: "Zawsze po waszych pogadankach masz jakieś pretensje albo nowe pomysły. Twoje koleżanki cię podkręcają, potem już w ogóle nie można z tobą normalnie rozmawiać".
Mówiłam mu, że dziewczyny to moje wsparcie. Że gadamy o wszystkim. Ostatnio o sprawach w pracy, ale też o relacjach, normalka. On tylko: ‚No tak, bo znowu nakręcałyście się na to, co jest niby nie tak. I od razu masz do mnie jakieś aluzje’.
Nie potrafię nie analizować. Każde spotkanie z nimi daje mi kopa do przemyśleń, czasami chcę coś w związku zmieniać. Ale czy to naprawdę oznacza, że powinnam przestać się widywać z koleżankami?
Nie mówię, że jestem święta. Może rzeczywiście czułam irytację po powrocie, czasem rzucam kąśliwy komentarz. Ale to nie wina dziewczyn, tylko może czegoś, co się we mnie zbiera?
Od paru miesięcy mam wrażenie, że on nie lubi mojego życia poza nami. Gdy idę do nich, pyta, kto będzie i co będziemy robić. Jak wychodzę, to żarty o plotkowaniu i "nakręcaniu się". A ja po prostu… chcę pogadać. Pośmiać się, pożalić. I nie mam zamiaru przepraszać za to, że wtedy inaczej patrzę na pewne rzeczy.
Za blokadą w gardle czuję coś jeszcze – wstyd, że pozwalam sobie obracać bliskie przyjaźnie w problem. Mam z tego powodu koszmary. Często powtarzam w głowie jego słowa: "Jak ci tak bardzo brakuje tych rad, to może powinnaś być z kimś innym?"
Nie wiem, co jest normalne, a co już jest próbą kontroli. Złość miesza się z lękiem. Ciągnie się przez mięsnie, ściska mi żołądek.
Proszę, powiedz szczerze — czy jego zachowanie to tylko zazdrość i czas na poważną rozmowę, czy ja po prostu pozwalam komuś decydować o sobie tak mocno, że samotnieję, nawet o tym nie wiedząc?
ZAGUBIONA, 27
REDAKCJA ODPOWIADA:
Jest w twoim liście coś, co daje mi ciarki i trudno o tym nie napisać wprost: w związkach to normalne, że ludzie szukają wsparcia poza nim. Zwłaszcza w kobiecych przyjaźniach. Jeśli nagle po spotkaniach z koleżankami zaczynasz być „problematyczna” — zatrzymaj się.
Nie chodzi o to, że twoje emocje są wynikiem indoktrynacji ze strony dziewczyn. To, co czujesz, to twój sygnał. Osoby, które naprawdę są po naszej stronie, nie widzą zewnętrznych relacji jako zagrożenia. Nie próbują wtłaczać nas w kąt, gdzie jedynym kontaktem i lustrem stają się one same.
„Może powinnaś być z kimś innym?” — te słowa długo zostaną w głowie. Przypominają, kto ma być centrum twojego świata. Ciebie w tym centrum dziwnie mało.
Nie obwiniaj się za potrzebę oddechu. Jasne, czasem po rozmowie z przyjaciółką wraca się z głową pełną pytań. To nie grzech. Martwić się trzeba wtedy, kiedy dla „świętego spokoju” zaczynamy ograniczać nawet najbardziej niewinne rzeczy tylko po to, by nie wywołać kolejnej awantury.
Czy to „tylko” zazdrość? A może lęk przed tym, co będzie, gdy przestaniesz być wygodna, grzeczna, cicha? Odpowiedź niestety trzeba znaleźć samej. Ale nie ma wstydu w słuchaniu własnego ciała, kiedy mówi ci: „Uciekaj, jeśli się dusisz”.
Nie udało się zapisać głosu. Spróbuj ponownie.
Nie udało się zapisać reakcji. Spróbuj ponownie.




Komentarze · 0
Bądź pierwszą osobą, która napisze komentarz.