MÓJ MĄŻ UWAŻA, ŻE SKORO SIEDZĘ Z DZIECKIEM, TO NIE MAM PRAWA BYĆ ZMĘCZONA
Na zewnątrz wszystko wygląda jak klasyczny układ: on pracuje, ja ogarniam dom i dziecko. Tylko że kiedy mówię, że nie daję rady, słyszę, że przecież 'jestem w domu', więc skąd te pretensje.
Cześć,
Nie wiem, czy to normalne, czy to ze mną jest coś nie tak. Wszyscy dookoła mówią: "Masz szczęście, możesz być z dzieckiem, nie musisz chodzić do pracy." Jasne, teoretycznie powinnam być wdzięczna i tryskać szczęściem, bo przecież matka, która nie siedzi w biurze, nie rozwozi pizz, tylko pieluchy i klocki. I czasem naprawdę przez chwilę jest super: kawa wypita na zimno, malutkie rączki oplatające mi szyję, błogi spokój.
Ale zaraz potem przychodzi płacz, krzyk, fontanna kaszki na ubraniach, ja wrzeszcząca z niemocy, już nie wiem nawet do kogo bardziej – do dziecka czy do siebie. Podłoga lepi się od soku, sterta prania rośnie szybciej niż włosy po ciąży. Staram się nie narzekać, staram się nie prosić o pomoc, bo przecież "wybrałam to". No, tak mówią. Przede wszystkim on.
Ostatnio powiedziałam mu, że nie wyrabiam, że po prostu mając dziecko na rękach, nie da się ciągle latać ze ścierką i być jeszcze pogodną żoną na wieczór. Spojrzał na mnie z tym swoim zdziwionym politowaniem. "Ale przecież jesteś w domu, a ja jestem cały dzień w pracy. Skąd u ciebie zmęczenie? Może po prostu za mało się ruszasz?" Przez chwilę miałam ochotę rzucić czymś ciężkim. Serio. Po tych słowach czułam się jak idiotka.
On wraca, rzuca torbę, siada na kanapie i liczy, ile razy przerwałam mu wiadomości/poprosiłam, żeby choć na chwilę przytulił dziecko, albo mnie. Ale wiadomo, przecież to ja mam "lajcik", bo jestem na "urlopie". Tylko jakoś nikt nie widzi tych niewyspanych nocy, tego ciągłego czuwania, tej samotności, która zżera od środka.
Nie wiem, jak mu to wytłumaczyć. Wstydzę się przyznać, że czasem myślę o powrocie do pracy nawet wbrew sobie, żeby po prostu ktoś w końcu przestał traktować mnie jak część wyposażenia. Czy powinnam mu jakoś dobitniej pokazać, jak wygląda mój dzień? Czy odpuścić? Może faktycznie przesadzam?
Boże, dopiero 30 lat, a ja czuję, jakbym przeżyła dziesięć razy więcej.
ZOSIA, 30
REDAKCJA ODPOWIADA:
Zosiu, aż mnie ścisnęło w żołądku, jak czytałam Twój list. Nie ma nic bardziej podstępnego niż poczucie winy kobiety, która odważy się być zmęczona byciem mamą — tu i teraz. Twój mąż mówi, że jesteś w domu, więc masz "lżej". Ale prawda jest taka, że ta domowa rzeczywistość często przypomina maraton, którego nikt nie podziwia - bo przecież "tylko byłaś w domu".
Zmęczenie odcięte od prawa do głosu, od empatii, boli najbardziej. Czujesz się niewidzialna, bo przecież wszystko jest "standardowe", a w środku gotuje się w Tobie frustracja.
Może mu kiedyś pokaż dzień minuta po minucie? Albo nie. Bo nie musisz udowadniać, że jesteś zmęczona. Nie musisz tłumaczyć, że urlop macierzyński nie ma z urlopem nic wspólnego. Twoje zmęczenie jest realne, Twoje myśli o powrocie do pracy są normalne (i nie muszą być "dojrzałe" czy racjonalne). Jesteś człowiekiem, a nie robotem do obierania warzyw, wtykania smoczka i robienia ciepłych powitań po 17:00.
Najgorsze w tym wszystkim jest bycie zmęczoną i NIEWIDZIALNĄ. Tak, masz prawo czuć się sfrustrowana.
Nie wiem, co go przekona. Ale wiem jedno – nie pozwól sobie wmówić, że Twoje zmęczenie się "nie liczy". Wstyd tu jest nie Twój, tylko świata, który nie widzi, co naprawdę robisz.
Nie udało się zapisać głosu. Spróbuj ponownie.
Nie udało się zapisać reakcji. Spróbuj ponownie.




Komentarze · 0
Bądź pierwszą osobą, która napisze komentarz.